Follow by Email

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Brno na pierwszy rzut oka

Widok z brneńskiej katedry
Gdy po raz pierwszy przybyłam do Brna i wyszłam przed bramę tutejszego dworca głównego włosy stanęły mi na głowie ze zgrozy: ciężko o bardziej przygnębiający obrazek niż jego okolice... któremu w dodatku towarzyszy intensywny zapach. Nie najlepsze pierwsze i ostatnie wrażenie dla odwiedzających.
Z czasem jednak zaczęłam odkrywać inne twarze tego dziwnego miasta, a nawet zrodziła się we mnie dość znaczna sympatia do niego, której towarzyszy również swego rodzaju duma z tego, że nie zniechęciło mnie to nieciekawe pierwsze wrażenie, ale postanowiłam zaglądać w różne zakamarki, aby znaleźć tu coś dla siebie.
Wycieczkę po stolicy Moraw należy jednak rozpocząć od tego, czego nie da się przeoczyć (nawet jeśli ma się tylko godzinkę na szybki marsz po mieście i zrobienie kilku fotek), bo góruje niepodzielnie nad tym pofalowanym i górzystym miastem, a więc od Katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Prezentuje się ona naprawdę ładnie... zwłaszcza z daleka, a z jej wież rozciąga się widok na całe miasto, które leży na naprawdę imponująco rozległym terenie, biorąc pod uwagę, że liczy sobie niecałe pół miliona mieszkańców.

Jeśli lubimy sobie popatrzeć na wszystko z góry, warto wspiąć się również na zamek Szternberk, który znów nalepiej prezentuje się widziany z dołu lub z daleka. Przyjemnie jednak spaceruje się po parku porastającym wzgórze zamkowe. Szternberk jest również częstym miejscem rozmaitych koncertów i festynów miejskich.

Zaliczywszy te dwie pozycje obowiązkowe możemy udać się na pociąg. O tym, co należy zobaczyć, mając odrobinę więcej czasu będzie w kolejnych postach.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Nie dać się nudzie w Brnie

Sielskie domki w Jundrovie
Wakacje pełną gębą, a do morza daleko... w góry też niezbyt blisko. Na szczęście Brno, poza swoim industrialnym, czy wręcz post-industrialnym centrum ma wiele do zaoferowania komuś, kto ma ochotę się tu na chwilę zatrzymać i bliżej przyjrzeć.
Plamiasty dziczek w minizoo
Być może bym się o tym nieprędko dowiedziała, gdyby nie przewodnik "Brno a okolí" z przeceny za 69 kc, który przypadkiem znalazłam w bardzo dobrej kawiarni literackiej Knihkupectví Literární Kavárna, znajdującej się na ulicy Masarykovej w Brnie i oferującej również szeroki wybór książek po angielsku. Niewielka ta książeczka oferuje 27 tras pieszych i rowerowych po Brnie i okolicach. Jedną z nich jest spacer z dzielnicy Brno-Jundrov (przystanek Optátov) autobusu 84 lub Vozovnia Komin linii tramwajowej 1. Już sam Jundrov sprawia wrażenie wioski letniskowej zagubionej wśród zielonych wzgórz i naprawdę trudno jest uwierzyć, że znajdujemy się wciąż w największym mieście Moraw.


U Jezirka
Zaczyna się tutaj zielony szlak, który prowadzi do parku (po czesku: obora) Pod Holednou, który tak naprawdę jest raczej lasem porastającym wzgórze, po którym wolno biegają daniele, muflony i jelenie (parka mignęła nam między drzewami), a w dwóch jego miejscach znajdują się tak zwane "minizoo", czyli zamknięte spore tereny, w których żyją prawie wolno stada dzików.
 
Jundrowska sielanka
Cały długość okręgu, jaki zatacza wokół Jundrova zielony szlak wynosi 7km i wspina się ona na wysokość 327 m.n.p.m, ale można wprowadzić do niego różne wariacje, ponieważ mniej więcej w połowie, przy jeziorkach (U Jezírka) rozpoczyna się również żółty szlak, a dalej także niebieski. Idąc za każdym z nich można dojść do różnych dzielnic Brna (zielonym, żółtym - do Kohoutovic, niebieskim - do zajezdni Pisarky).
Spacer niezbyt szybkim tempem wynosi ok. 2 - 3h, ale można tam spędzić o wiele więcej czasu, posiedzieć na jednej z wielu ławek, schronić się w cieniu altanek, czy zrobić piknik na trawie. Łatwo poczuć się tam przynajmniej przez parę godzin jak na wakacjach i odpocząć od zgiełku, bo nawet w słoneczną sierpniową niedziele nie natkniemy się w Jundrowie na tłumy.

sobota, 13 sierpnia 2011

Ołomuniec - wszystkiego początek... i to nie... kuniec

Katedra w Ołomuńcu
Gdy po raz pierwszy przeczytałam w Wikipedii o Ołomuńcu, trochę mnie to przygnębiło, że będę mieszkać w takim małym mieście (trochę ponad 100 000 mieszkańców) i że na pewno nic się tam nie będzie działo.
Jak się później dowiedziałam, Ołomuniec to 6. pod względem liczby ludności miasto w Czechach (po Pradze, Brnie, Ostrawie, Libercu i Pilźnie), co plasuje go rangą mniej więcej na poziomie Gdańska.
Znajduje się tutaj drugi (po Pradze) najstarszy uniwersytet w Czechach, założony w 1573r., na którym można m. in. uczyć się języka indonezyjskiego (niedostępny np. na UJocie) czy też studiować po angielsku edukację osób niepełnosprawnych.
Jak się okazuje, Uniwersytet im. Palackiego oferuje bardzo wiele miejsc studentom z innych krajów. Medycyna otwarła dla nich osobny tok studiów po angielsku, na którym studiuje bardzo wielu Azjatów, obywateli Wielkiej Brytanii oraz Amerykanów (jeden wykłada tam nawet). Na filologii polskiej większość doktorantów to Polacy, a akademiki w dzielnicy Neředin pełne są studentów z wymian Erasmusa i CEEPUSA, głównie Hiszpanów, Francuzów i Polaków i nieustannie tętnią życiem i zakłócają spokój okolicznym mieszkańców organizując imprezy z własnym didżejem Tanaką (który niestety po czterech latach w Ołomuńcu przenosi się właśnie do Nowego Sadu).

piątek, 12 sierpnia 2011

... a właściwie Republika Polsko-Morawska

Pierwszego dnia, gdy poszłam na Uniwersytet im. Palackiego w Ołomuńcu, aby zaznajomić się z Panią Profesor i w ogóle zrozumieć, na czym to wszystko ma polegać, po moim pierwszym zdaniu, zaczynającym się od "Przyleciałam do Czech w sobotę...", Pani Profesor przerwała mi i powiedziała: "Pani przyleciała do Brna, a więc na Morawę, a nie do Czech." Dopiero wtedy zaczęłam powoli zaczynać budować jakąkolwiek świadomość, co do kraju, w którym mam zamiar spędzić kolejne cztery lata i nosić tytuł doktora wystawiony przez tutejszy - morawski - uniwersytet.
Jakiś czas później poszłam ze Zdenką, jedną z czeskich koleżanek na piwo i dowiedziałam się, że czeski, jakim posługują się Morawianie znacznie różni się od czeskiego mieszkańców Bohemii (zachodnich Czech), a zwłaszcza od czeskiego "tych wstrętnych prażan". Co więcej, Zdenka poinformowała mnie również o tym, że w tym niewielkim, dziesięciomilionowym kraju istnieje jeszcze trzeci region - Śląsk z Ostrawą, gdzie mieszkańcy posługują się jeszcze innym dialektem i jednym z drugimi nie jest się wcale łatwo między sobą porozumieć.
Zwątpiłam wtedy, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni w to, czy kiedykolwiek nauczę się tego, pozornie prostego, a jednak przy bliższym przyjrzeniu się niezmiernie podchwytliwego języka, w którym nad prawie każdą samogłoską widnieje krążek, haczyk lub kreseczka i nie wolno ich opuszczać ani w pisowni, ani w wymowie.
Potem dowiedziałam się jeszcze, że oprócz trzech dialektów (nie licząc rozmaitych pomniejszych), język czeski dzieli się również na spisovną češtinę oraz nespisovną češtinę, a więc na odmianę oficjalną i mówioną języka, które potrafią różnić się od siebie niczym dzień i noc.
Pewnie porzuciłabym po tym wszystkim naukę języka naszych południowych sąsiadów i zdała się na tzw. język ogólnosłowiański i na domniemane podobieństwo między polskim a czeskim, gdyby nie to, że poinformowano mnie o czekającym mnie w ramach studiów doktoranckich egzaminie na wysokich poziomie. Przywróciło to moje chęci na tyle, że pierwsze 10 lekcji książki "Czech. Step by step" mam już za sobą.